Bonifikata za sacrum

🇬🇧 English
Bonifikata za sacrum
Od lat w kręgach wielkiej władzy i pewnych siebie decydentów rozbrzmiewa cicha nuta, która głosi, że ziemia niczyja jest tylko iluzją i każdy grunt, oddany choćby za przysłowiowy uśmiech, potrafi rodzić fortuny. Gdy do głosu dochodzi pobożna deklaracja o wspieraniu celów sakralnych, bywa, że raz po raz powstaje na takim terenie miejsce niezwiązane z duchowością, a raczej z materialnym zyskiem. Tylko czy ów luksusowy apartamentowiec w barokowej katedrze betonowych fundamentów współgra z obietnicą bezcennego dobra, które miało służyć ludziom w ich religijnych uniesieniach. Niech więc nikt nie udaje, że nie widzi tej kolizji pomiędzy oczekiwaniem świątyni a rynkowym wirem przyprawionym o sporą dawkę przywilejów. Można to nazwać ironicznym twistem dziejowym, który co jakiś czas uśmiecha się drwiąco do zainteresowanych, sycących się promocyjnymi transakcjami pod hasłem pomagamy Kościołowi. Niech nie dziwi ten lekko uszczypliwy ton, skoro każda społeczność chciałaby pozostawać gospodarzem swojej przestrzeni i mieć pewność, że tam, gdzie deklaruje się misję duszpasterską, nie wyrasta bar z widokiem na inwestorskie konta. Postulat Fundacji Dobre Państwo zmierza ku prostemu rozwiązaniu, by przywilej bonifikaty przysługiwał wyłącznie na grunty, które plan miejscowy oznacza jako przeznaczone pod funkcje sakralne. Jeśli planu nie ma, jeśli brak wspólnotowego potwierdzenia co do celu, niechaj nikt nie liczy na bonifikatę. Któż mógłby zaprzeczyć, że w tym tkwi prostolinijna logika, bo przecież wolna wola wiernych nie obejmuje faktycznego spekulowania nie swoim majątkiem. Samorządy nie są fantomem bez uczuć, a jednak, gdy przychodzi moment podejmowania decyzji, nietrudno o przymknięcie oka na kaprys, byle w papierach brzmiał on charytatywnie czy religijnie. Tak kropla po kropli dobro wspólne spływa do koryta wypełnionego pozorami i rozmywa rzetelne argumenty broniące praw lokalnych mieszkańców. Pewien starożytny mędrzec lubił mawiać, że siła wspólnoty wynika z harmonii zasad i czynów, nie zaś z kunsztownych deklaracji. Dziś, choć epoka jest inna, jego przypomnienie wciąż brzmi wymownie. Uregulowanie kwestii bonifikat dla kościołów i związków wyznaniowych miałoby umożliwić zbudowanie ładu opartego na rzeczywistej, a nie tylko symbolicznej zgodzie między wierzeniami a praktyką zarządzania przestrzenią. Dokładnie rzecz ujmując, chodzi o to, by duchowe potrzeby nie zostały przykryte przez sprytnie prowadzone przedsięwzięcia komercyjne. Nie jest to zresztą wizja rewolucyjna, raczej wezwanie do najprostszej z możliwych umów społecznych, która mówi jasno. Hierarchowie, jeśli chcecie zyskać ziemię niemalże za ułamek ceny, zgódźcie się, że ta ziemia nie będzie waszą finansową trampoliną, tylko miejscem modlitwy, celebracji czy religijnych obrzędów. Gdy ktoś zaczyna parskać, że to ograniczenie wolności wyznań, mamy prawo przypomnieć, iż wolność nie jest równoznaczna z bezkarną wymianą dobra publicznego na profit. Rozdział Kościoła i państwa, tak często przywoływany w debatach, bywa tu odmieniany przez wszystkie przypadki, ale nie służy on przecież ekskluzywnej pozycji w obrocie nieruchomościami. Niechże zatem klasa polityczna, ta nadmiernie zadowolona z siebie grupa suto przechadzająca się korytarzami władzy, zastanowi się, czy nie leży w jej interesie wprowadzenie klarownej reguły, aby nawet w cieniu wielowiekowych przywilejów Kościoła obowiązywała wspólna zasada racjonalnego gospodarowania. Oczywiste jest, że w gminach, gdzie planów miejscowych nie uchwalono, pojawi się bariera i to może poważnie ograniczyć przyznawanie kościelnych bonifikat. Byłoby jednak wielkim nieporozumieniem uznać, że taka blokada przekreśla słuszną ideę. W rzeczywistości może ona uruchomić presję na włodarzy, by planowanie przestrzenne traktowali z należytą troską, a nie jedynie jako epizod w grze o reelekcję. Być może słysząc o tym, niektórzy zbywająco machną ręką, ale warto przypominać. Ziemia jest dobrem ograniczonym i jeśli dziś pozwolimy, by za symboliczną cenę kupował ją każdy, kto powoła się na religijne inspiracje, to jutro możemy obudzić się w otoczeniu budynków, których geneza nigdy nie powinna była ubiegać się o zniżkę. Mówią, że nie ma co liczyć na zmiany w kraju, który swoim dowcipnym charakterem potrafi wszystko zbagatelizować. Jednak Fundacja Dobre Państwo wciąż wierzy, że kryje się w nas potencjał do wspólnego kroku naprzód, choćby po śliskich kamieniach przez wątpliwy bród. Wystarczyłoby kilka konkretnych decyzji, uchwalonych w świetle zdrowego rozsądku, by skończyć z wiarą w cuda, gdy w tle szeleści banknot z zaskakującą łatwością. Żaden supermarket stworzony w cieniu kościelnej tablicy nie będzie piętnowany, o ile ktoś uczciwie za ten teren zapłaci i pozwoli społeczności zadecydować, że właśnie taki obiekt pragnie w okolicy. Tymczasem brak definicji w miejscowym planie czy przymykanie oka na rzeczywiste zagospodarowanie daje pole do nadużyć, które trudno zaakceptować komukolwiek, kto zrozumiał, że dobro wspólne to nie obietnica, lecz współodpowiedzialność. To wszystko sprawia, że z uwagą przypatrujemy się kolejnej odsłonie politycznego spektaklu, w którym zespół do reformy relacji państwo–Kościół rzekomo się zbiera, lecz mało co ogłasza. Czyżby trudne decyzje parzyły w palce, gdy ma się w ręku tak wygodną praktykę dawania upustów kościelnym inwestorom. Niejedna gmina zyskałaby oddech, wiedząc, że do przekazania ziemi za ułamek wartości będzie mogło dojść tylko wtedy, gdy zaistnieją klarowne, publicznie znane przesłanki. Zgoda na budowę kaplicy to inna historia niż dorozumiane przeznaczenie działki na lokal usługowy. Dlatego właśnie proponowana przez Fundację zmiana w artykule 68 ustawy o gospodarce nieruchomościami wydaje się gestem nie tyle w stronę antyklerykałów, co ku uczciwemu regułom gry, w której Kościół nie musi przeskakiwać nikogo zręcznym unikiem, a obywatel nie czuje się naiwnie pominięty. Odłóżmy na bok podejrzenia, że to zamach na cudze interesy. Spójrzmy na samą istotę. Chcemy jawności i pewności, że jeśli sprzedajemy grunt z bonifikatą, to naprawdę realizujemy wartości, o których z taką podniosłością wszyscy mówią. Nic tu nie przeszkadza poszanowaniu wolności religijnej, bo próba eliminacji komercyjnego nadużycia nie jest atakiem na czyjąkolwiek modlitwę. Przeciwnie, może się okazać, że to idealny test na naszą dojrzałość, by w tym nadmiarowo obdarzającym Kościół kraju wreszcie zapanowały przejrzyste reguły, nie zaś powszechne westchnienia obywateli. Dość informacji, że znów sprzedali mienie publiczne, a my nie wiemy, co z tego wyniknie. Można by stwierdzić, że taki postulat jest z natury kontrowersyjny w kraju, gdzie przywileje dla Kościoła wrosły w glebę niczym dęby sadzone przez kolejnych królów. Ale przecież wolno nam sięgać głębiej, do sedna wspólnoty, w którym tętni przekonanie, że ani duchowość, ani dobrobyt nie powinny wzajemnie się oszukiwać. Mamy nadzieję, że ci sami politycy i liderzy, tak pewni swojej misji dziejowej, dostrzegą w proponowanych zmianach nie zagrożenie, lecz szansę na odzyskanie zaufania tych, którzy obawiają się kolejnego niewyjaśnionego pomysłu, rodzącego się na styku interesu religijnego i materialnego. Zostańmy przez chwilę w refleksji nad tym, co naprawdę czyni nas wspólnotą. Jeśli wierzymy w sens prywatnej własności, jeśli chronimy wolność sumienia i religii, jeśli doceniamy rolę Kościoła w życiu duchowym, to czy tak wielkim ryzykiem jest dopisać do ustawy wyraźne wskazanie, że bonifikata za teren przysługuje wtedy, gdy miejscowy plan potwierdza jego sakralne przeznaczenie. Ma to przecież zapobiec niszczeniu zaufania społecznego, nie duchowości. Może więc zadajmy sobie trud przyjęcia drobnej poprawki, która w konsekwencji wzmocni integrację i zaufanie w naszych małych ojczyznach. Idźmy więc odważnie przez kamienisty bród ku przejrzystym regulacjom. Nie zrobimy tym nikomu krzywdy, a możemy jedynie ugruntować podstawy dobrze pojętej współpracy. Pamiętajmy i pamiętać będziemy, że miejsca sakralne służą wiernym, prawa społeczności lokalnej są chronione, a przywileje nie stają się wymówką do mnożenia finansowych fortun. To nasz wspólny krok, który pozwoli ludziom myśleć o państwie i Kościele z poczuciem, że obie te instytucje chcą dobra człowieka, a nie tylko korzystają z dobrodziejstw niesprawiedliwego status quo. Wierzymy, że ta zmiana doda społeczeństwu otuchy i okaże się mądrym świadectwem patriotyzmu, za jakim wszyscy tęsknimy.

Powiązane pytania

Tagi: bonifikata cele sakralne planowanie przestrzenne dobro wspólne inwestycje komercyjne relacje państwo-Kościół