O martwej maszynerii. Jak prawo pracy rozmija się z rzeczywistością

🇵🇱 Polski
O martwej maszynerii. Jak prawo pracy rozmija się z rzeczywistością
Prawo pracy przypomina dziś zastygłą w bezsensownym ruchu maszynę: obraca się, ale niczego nie napędza. Nadal wierzy w podporządkowanie, etat i fabrykę — choć świat od dawna żyje na fakturze, podpięty do chmury. Pracujący „na swoim” nie są już beneficjentami systemu, lecz jego wyrzutem sumienia. W tym tekście nie ma nostalgii. Jest chłodne spojrzenie na to, jak normy stały się fikcją, a język prawa przestał opisywać świat, w którym jeszcze usiłuje obowiązywać. Niektóre instytucje nie umierają. One po prostu zastyga­ją — jak mechanizmy dawno niewyłączonych maszyn. Prawo pracy, w swej wersji kodeksowej, przypomina dziś właśnie taką maszynę. Nie szumi, nie iskrzy, nie produkuje – ale nadal kręci się na sucho. Wydaje dźwięki, tworzy pozory działania. Tyle że niczego już nie napędza. Pracodawcy tego nie mówią głośno. Ale wiedzą, że prawdziwe centrum decyzyjne przesunęło się poza Kodeks. Pracownicy — ci formalnie jeszcze pracownikami będący — wiedzą, że gwarancje coraz częściej są jedynie papierowe. A ci, którzy są „na swoim”, „na B2B”, „na zewnątrz” – nie oczekują niczego. Ich relacja z państwem nie ma już charakteru prawnego. Ma charakter konfiguracyjny. Wielu nadal twierdzi, że wystarczy zaktualizować definicje. Poszerzyć art. 22 Kodeksu. Uelastycznić pojęcie „zatrudnienia”. Ale to jakby próbować zdefiniować prąd, korzystając z narzędzi fizyki z XIX wieku. Problem nie tkwi w treści przepisów, tylko w ich założeniu: że istnieje coś takiego jak klasyczna relacja pracy. Że da się wciąż odróżnić pracodawcę od wykonawcy, pracę od niepracy, zatrudnienie od usługi. W rzeczywistości ten podział przestał działać. Na poziomie technicznym wszystko się rozmywa: ludzie logują się do systemów, wystawiają faktury, wykonują obowiązki na stałe przypisane do jednej firmy — i nie są zatrudnieni. Firma nie daje pracy. Firma daje dostęp: do platformy, do danych, do procesu. W zamian oczekuje rezultatów, lojalności, gotowości. Przypomina to coś bardziej feudalnego niż rynkowego – coś, co można by nazwać modelem cyfrowego poddaństwa. Yanis Varoufakis wskazuje, że to właśnie nowa architektura danych i kapitału „w chmurze” wywróciła klasyczny kapitalizm. Nie mamy już zysków z pracy najemnej — mamy renty z posiadania platform. Nie mamy rynku — mamy ekosystem. Nowi panowie nie produkują, tylko żądają dostępu do naszej uwagi, naszych danych i naszej obecności. A państwo? Nadal pilnuje granic znanych z epoki przemysłowej. Chroni fabryki, których już nie ma, pracowników, którzy nie mają etatów, i relacje, których nikt nie zawiera. Prawo pracy miało być osiągnięciem nowoczesności. Instrumentem emancypacyjnym. Mechanizmem cywilizującym rynek. Dziś jest bardziej archiwum niż tarczą. Przegapiło moment, w którym praca zmaterializowała się gdzie indziej — na poziomie interfejsu, aplikacji, świadczenia niematerialnego, wycenianego czasem za godzinę, czasem za rezultat, a czasem... za lojalność wobec algorytmu. I oto paradoks: im bardziej świat pracy wymyka się normatywnemu opisowi, tym bardziej prawo zachowuje pozory precyzji. Mówi o „świadczeniu pracy w sposób ciągły i podporządkowany”, podczas gdy cały system został już rozmontowany: ludzie świadczą, ale nie są podporządkowani – bo nie muszą być. Wystarczy, że zależą. Zależą ekonomicznie, technologicznie, tożsamościowo. Nie mają szefa, ale mają klienta, którego nie mogą opuścić. W tej strukturze to nie elastyczność jest problemem. Problemem jest to, że elastyczność stała się metodą organizowania nierówności. Prawo, które nie reaguje, nie jest neutralne. Jest stroną. Chroni silniejszych, bo tylko oni mają do niego dostęp. Działa jak zardzewiała maszyna: coś wydaje, coś zapisuje, ale jeśli wrzucić do niej nowoczesny model relacji – zawiesza się. Nie rozpoznaje. Odrzuca. Ronald Dworkin pisał, że sędziowie mają obowiązek wydobywać z prawa to, co najlepsze – jego wewnętrzne zasady moralne. Ale Paul Butler pokazał, że są momenty, kiedy to nie wystarczy. Kiedy prawo samo odchodzi od wartości, które miało chronić, a sędziowie – i obywatele – stają przed wyborem: lojalność czy uczciwość. W tej logice dzisiejszy pracobiorca – „na swoim”, ale zależny – nie potrzebuje wyjaśnienia. Potrzebuje ochrony. Potrzebuje struktury, która uzna, że forma nie może zabijać treści. Problem w tym, że prawo nie lubi niuansów. Nie umie chronić pół-relacji, nie zna języka niepewności. Tymczasem to właśnie niepewność jest dziś podstawowym faktem społecznym. System normatywny, który jej nie widzi, staje się zbiorem pięknych, ale bezużytecznych zaklęć. Na końcu zostaje tylko pytanie: ile jeszcze potrzeba samozatrudnionych, ilu jeszcze pracowników „na aplikacji”, ilu jeszcze faktur do jednej firmy – zanim uznamy, że nie da się już udawać? Bo może to nie system wymaga nowelizacji. Może potrzebujemy zupełnie nowego języka. Takiego, który przestanie zadawać pytanie, kto formalnie pracuje. I zacznie pytać: kto naprawdę żyje z pracy.