Wprowadzenie
Artykuł demaskuje naiwne przekonanie, że postęp technologiczny automatycznie przekłada się na postęp społeczny. Ta "quasi-teologiczna pewność" ignoruje koszty ludzkie, traktując je jako przejściowe zjawisko. W rzeczywistości to, jak wdrażamy sztuczną inteligencję i automatyzację, nie jest dziejową koniecznością, lecz wynikiem konkretnych bodźców instytucjonalnych. Czytelnik dowie się, dlaczego obecny model innowacji często niszczy dobrobyt zamiast go tworzyć oraz jaką rolę w naprawie tego systemu powinno odegrać państwo.
Automatyzacja vs AI: pułapki systemowe
Współczesna debata często myli pojęcia. Automatyzacja to proces, w którym kapitał przejmuje zadania pracy, natomiast sztuczna inteligencja to jej podzbiór oparty na modelach uczonych na danych. Wiara w ich automatyczny pożytek jest przesądem, ponieważ ignoruje arytmetykę instytucjonalną. Systemy podatkowe, obciążając płace i subsydiując kapitał, wymuszają zjawisko nadmiernej automatyzacji. Przedsiębiorcom opłaca się zastępować ludzi maszynami nawet wtedy, gdy wzrost produktywności jest symboliczny.
Prowadzi to do powstawania technologii "so-so" – rozwiązań wystarczająco dobrych, by wyprzeć pracownika, ale zbyt słabych, by stymulować realny wzrost gospodarczy. Takie innowacje jedynie symulują dobrobyt, generując prywatny zysk kosztem sfery publicznej. Przestrogą jest szok chiński: dowiódł on, że koszty globalnych zmian są geograficznie skupione, a bez mechanizmów kompensacyjnych prowadzą do trwałego wykluczenia i politycznego buntu.
Ekonomista-hydraulik i fundamenty godności
W obliczu tych wyzwań państwo powinno działać jako ekonomista-hydraulik. Metafora ta oznacza cierpliwe usuwanie zatorów w systemie zamiast projektowania utopii. Kluczowym problemem jest lepkość gospodarki – zjawisko, w którym praca i kapitał nie przepływają swobodnie z powodu barier społecznych, mieszkaniowych i lęku przed utratą statusu. W takim środowisku bezwarunkowy dochód podstawowy (UBI) budzi kontrowersje. Choć redukuje biurokrację, w wariancie skromnym może stać się "pieniędzmi na uciszenie" ludzi pozbawionych roli społecznej.
Autorzy podkreślają, że praca zawodowa pozostaje fundamentem godności i uznania. Pieniądz kupi przetrwanie, ale nie poczucie bycia potrzebnym. Tymczasem automatyzacja systematycznie redukuje udział płac w dochodzie narodowym, co uderza w stabilność klasy średniej. Technologia staje się narzędziem, które zamiast wspierać człowieka, podcina kręgosłup struktury zatrudnienia.
Kryzys zaufania i firmy-supergwiazdy
Rozwój AI nie jest neutralny dla planety; wysokie emisje i korelacja wzrostu z konsumpcją energii podważają wizję bezkosztowego "zielonego wzrostu". Na rynku dominują firmy-supergwiazdy, które dzięki technologii kumulują kapitał i ograniczają siłę przetargową pracowników. Sytuację pogarsza kryzys zaufania do instytucji – każda reforma, nawet słuszna, bywa postrzegana jako spisek elit. Dodatkowo tribalizacja opinii i algorytmiczna polaryzacja blokują racjonalną debatę, zamieniając fakty w pociski tożsamościowe.
Krytycy koncepcji Banerjeego i Duflo podnoszą trzy argumenty: bez automatyzacji będziemy biedniejsi, konkurencja wymusza postęp, a godność jest kategorią zbyt mglistą dla polityki. Choć te uwagi trafiają w czułe punkty, nie unieważniają głównej tezy: musimy przestać udawać, że postęp sam rozwiąże problem niesprawiedliwego rozkładu swoich skutków.
Podsumowanie
W świecie, gdzie maszyny coraz sprawniej naśladują ludzką pracę, pytanie o sens i godność staje się centralne. Czy technologia zbliża nas do utopii, czy raczej odsłania pustkę egzystencjalną, zmuszając do poszukiwania wartości poza rynkiem pracy? Przyszłość nie musi być wyścigiem z maszynami. Kluczem jest odzyskanie godności jako centralnej kategorii ekonomicznej i zrozumienie, że PKB to tylko środek, a nie cel. Musimy na nowo zdefiniować, co czyni nas ludźmi w epoce algorytmów.