Wprowadzenie
Gniew w polskiej sferze publicznej rzadko prowadzi do konstruktywnych zmian. Zamiast budować wspólnotę, często staje się jałową „implozją” lub elementem wyreżyserowanego spektaklu. Artykuł analizuje, dlaczego Polacy czują bezsilną wściekłość i jak partyjne elity wykorzystują te emocje do utrzymania status quo. Dowiesz się, jak mechanizmy polaryzacji i neoliberalne podejście do stresu blokują realną reformę państwa oraz co musi się zmienić, by gniew stał się siłą twórczą, a nie niszczącą.
Adaś Miauczyński: symbol bezsilnej wściekłości
Adaś Miauczyński, bohater „Dnia świra”, to ikona gniewu apolitycznego. Jego frustracja, choć rodzi się z realnych problemów – niskich zarobków i poczucia porażki – nie szuka ujścia w działaniu zbiorowym. To gniew zamknięty w czterech ścianach, który nie buduje wspólnoty, lecz kończy się jałową implozją. Dla wielu Polaków polityka stała się sferą farsy, w której diagnoza „wszyscy są do niczego” służy jako wygodne alibi dla zbiorowej bierności.
Współczesna polityka staje się dla obywateli jałowym widowiskiem, ponieważ źródła problemów są rozproszone w globalnych sieciach i algorytmach. Gdy władza staje się „wszędzie i nigdzie”, gniew traci swój adres. Bez lidera, który nada mu kierunek, bunt zamienia się w syndrom Miauczyńskiego: efektowny, ale społecznie bezużyteczny wybuch, który utrwala niską partycypację i alergię na identyfikację partyjną.
Syndrom oblężonej twierdzy i uśmiechnięta pogarda
Współczesna prawica działa jak emocjonalna maszyna, budując tożsamość wokół syndromu oblężonej twierdzy. Wykorzystuje mit narodowego męczeństwa, by wskazywać codzienne zagrożenia: od „tęczowej zarazy” po brukselskich urzędników. To model forteczny, w którym każda różnica zdań jest dowodem wrogiej infiltracji. Obywatel żyjący w stanie permanentnej wojny nie pyta o jakość rządzenia, lecz o to, gdzie jest wróg.
Paradoksalnie, „uśmiechnięta Polska” stosuje lustrzaną strategię. Pod maską nowoczesności skrywa pogardę wobec „ciemnogrodu” – moralno-estetycznego konstruktu, do którego wrzuca się osoby o niższym kapitale kulturowym. Uśmiech jest tu walutą zarezerwowaną dla własnej bańki, a wobec reszty dopuszczalny jest język wykluczenia. Obie strony polaryzacji karmią się nawzajem, utrzymując konflikt w stanie politycznej użyteczności, zamiast rozwiązywać systemowe nierówności.
Teatr gniewu i neoliberalna prywatyzacja stresu
Spór między PiS a PO to teatr gniewu – rytualna wojna dwóch konserwatywnych ugrupowań o wspólnym rodowodzie. W tym systemie lojalność partyjna jest ważniejsza od kompetencji, a realna debata o świeckim państwie czy usługach publicznych zostaje zastąpiona kłótnią o symbole. Gniew nie służy tu zmianie, lecz jest biletem wstępu na widownię, która ma jedynie oklaskiwać aktorów bijących się o partyjne łupy.
Sytuację pogarsza neoliberalny kult coachingu, który prowadzi do odpolitycznienia stresu. Problemy strukturalne, jak brak stabilności finansowej, przedstawia się jako osobiste deficyty jednostki, które należy leczyć kursem mindfulness, a nie reformą prawa pracy. Dodatkowo stygmatyzacja protestujących jako „roszczeniowców” niszczy solidarność społeczną, odbierając ludziom prawo do buntu i godność, co skutecznie blokuje impuls do systemowej przebudowy państwa.
Upolitycznienie gniewu: fundament zmiany
Aby wyrwać się z tego jałowego cyklu, musimy przestać traktować gniew jako patologię. W demokracji jest on sygnałem alarmowym, który należy skierować ku źródłom problemów, a nie ku zastępczym wrogom. Potrzebny jest nowy język polityki, skupiony na pojęciach takich jak dobro wspólne, solidarność i emancypacja. Bez nowego słownika nie powstanie nowe myślenie o państwie.
Kluczem do zmiany jest wyrwanie gniewu z rąk aktorów odgrywających w kółko ten sam konflikt i oddanie go w ręce obywateli. Polska potrzebuje nowej sceny, na której polityka włączy do gry grupy zmarginalizowane i ruchy oddolne. Tylko wtedy gniew przestanie być rekwizytem w partyjnej farsie, a stanie się energią zdolną do realnej przebudowy fundamentów państwa, w którym nikt nie musi grać głupca, by przetrwać.