Leibniz, Augustyn i Plantinga: klasyczne zmagania z teodyceą
Teodycea, termin wprowadzony przez Gottfrieda Leibniza, to filozoficzna próba ocalenia idei racjonalnego Boga w obliczu realnego zła. Leibniz dążył do wykazania, że świat jest sensowną całością, mimo doświadczanego cierpienia. W tradycji chrześcijańskiej kluczową figurą jest św. Augustyn, dla którego zło nie posiada własnej substancji. Definiował on zło jako privatio boni, czyli ontologiczny brak dobra, wynikający z wolnej woli człowieka.
Współczesną kontynuacją tych zmagań jest myśl Alvina Plantingi. Jego Free Will Defense wykorzystuje logikę modalną, by dowieść, że istnienie wszechmocnego Boga i wolności (niosącej ryzyko zła) nie jest sprzeczne. Plantinga nie usprawiedliwia moralnie cierpienia, lecz buduje formalną obronę spójności teizmu.
Stanisław Lem i współczesne ujęcia fenomenu zła
Gdy tradycyjna teodycea milknie, pojawiają się nowe interpretacje. Stanisław Lem zaproponował termodynamiczną interpretację zła. W jego ujęciu świat jest „nieżyczliwy” przez prawa fizyki: zło mnoży się samorzutnie jak chaos, podczas gdy dobro wymaga stałego nakładu energii. Z kolei William Rowe sformułował probabilistyczny problem zła, pytając, czy ogrom bezsensownego cierpienia nie czyni istnienia Boga skrajnie nieprawdopodobnym.
Inne głosy w tej debacie to Simone Weil, widząca w złu skutek boskiego wycofania (kenozy), oraz Leszek Kołakowski, dla którego bez Boga zło staje się jedynie produktem biologii. Hans Jonas po Auschwitz postulował etodyceę – przeniesienie odpowiedzialności za świat z Boga na człowieka. Arthur Schopenhauer widział w złu istotę bytu, proponując współczucie jako jedyną etykę w świecie rządzonym przez ślepą wolę.
Dom i kobieta: aksjologiczna fundacja ogniska
Bogusław Wolniewicz konstruuje aksjologiczną teorię domu, odróżniając go od zwykłego mieszkania. Dom to instytucja z porządku wartości absolutnych, będąca ostatnim bastionem personalizmu. Jest to przestrzeń, w której człowiek zostaje uznany za wartość samoistną i niezastępowalną. W zlaicyzowanym świecie dom przejmuje funkcje sakralne, organizując życie wokół trwałych sensów.
Kluczowym elementem tej struktury jest kobieta jako twórczyni metafizycznej aury domu. Wolniewicz przypisuje jej prymat w porządku aksjologicznym, uznając naturę kobiecą za pierwotną dyspozycję do tworzenia ładu. Choć filozof bywał krytykiem feminizmu, w tej sferze oddaje kobiecie najwyższe prerogatywy duchowe. Dom staje się emanacją kobiecej duszy, oazą sensu w epoce kulturowego rozmycia tożsamości.
Kara śmierci i eutanazja: granice sprawiedliwości i godności
Dla Wolniewicza kara śmierci jest aksjologicznym fundamentem państwa. Opowiada się on za retrybucjonizmem, gdzie kara jest sprawiedliwą odpłatą za zło (malum passionis). Odrzuca utylitaryzm, który traktuje prawo jedynie jako narzędzie ochrony życia. Według filozofa, tylko kara ostateczna adekwatnie odpowiada na zbrodnie absolutne, przywracając naruszony ład moralny i traktując sprawcę z tragiczną powagą.
W kwestii eutanazji, Wolniewicz określa ją jako „ostatnią linię obrony” ludzkiej godności przed biologicznym wynaturzeniem agonii. Krytykuje stanowisko Kościoła katolickiego za dogmatyzm i gloryfikację cierpienia. Twierdzi, że sztuczne podtrzymywanie życia pozbawionego treści duchowej jest barbarzyństwem. Eutanazja w jego ujęciu to ostateczna afirmacja autonomii jednostki wobec medycznego paternalizmu.
Podsumowanie: kara główna jako metafizyczny fundament
Filozofia Wolniewicza przywraca prawu wymiar metafizyczny. Kara główna pełni w systemie funkcję „stałej całkowania” – bez tego punktu absolutnego cała architektura moralna staje się nieokreślona. Prawo, które rezygnuje z ostateczności, traci swój wewnętrzny sens i staje się jedynie zbiorem procedur. Głos transcendencji w prawie przypomina, że istnieją winy nieodwracalne, a sprawiedliwość wymaga zachowania tragicznych proporcji.
System prawny z karą główną jest stabilniejszy, gdyż wyznacza nieprzekraczalną granicę zła. Wolniewicz dowodzi, że odrzucenie tej granicy prowadzi do moralnego osłabienia cywilizacji. Prawo musi pozostać surowym zwierciadłem rzeczywistości, by w obliczu spraw ostatecznych nie zdradzić rozumu milczeniem.