Wprowadzenie
W klasycznej filozofii prawa dobro wspólne (bonum commune) nie jest jedynie retorycznym hasłem, lecz fundamentem ustroju. Stanowi ono ostateczny cel istnienia wspólnoty politycznej oraz miernik legitymizacji każdej władzy. W przeciwieństwie do koncepcji pozytywistycznych, tradycja ta nie widzi w nim prostej sumy interesów, lecz obiektywny zespół warunków umożliwiających integralny rozwój wszystkich członków społeczeństwa. Z niniejszego artykułu dowiesz się, jak ta idea ewoluowała od antyku, przez Konstytucję 3 maja, aż po współczesne spory o fundamenty polskiego państwa.
Klasyczna filozofia prawa i dziedzictwo Konstytucji 3 maja
Tradycja wyznaczona przez Arystotelesa i Tomasza z Akwinu ujmuje dobro wspólne dwojako. W wymiarze subiektywnym jest to rozwój moralny i intelektualny jednostek, natomiast w wymiarze obiektywnym – system instytucji i praw, który ten rozwój umożliwia. Państwo nie istnieje więc dla samego przetrwania, lecz dla „dobrego życia” obywateli.
Te klasyczne intuicje stały się fundamentem Konstytucji 3 maja. Choć dokument ten nie definiował pojęcia wprost, ustanowił „dobro ogólne” jako nadrzędną rację bytu państwa. Reforma z 1791 roku udowodniła, że prymat funkcjonalnego porządku nad anarchiczną wolnością jest niezbędny do zabezpieczenia godności jednostki. Tym samym dobro wspólne stało się kryterium oceny sprawiedliwości instytucji państwowych.
Personalizm i współczesne rozumienie dobra wspólnego
Współczesna nauka społeczna Kościoła, zwłaszcza dokumenty Soboru Watykańskiego II, dokonała personalistycznego zwrotu w rozumieniu bonum commune. Definiuje się je jako sumę warunków życia społecznego, dzięki którym osoby i rodziny mogą pełniej osiągać swoją doskonałość. W tym ujęciu godność osoby ludzkiej jest pierwotna wobec państwa i stanowi źródło niezbywalnych praw podmiotowych.
To dziedzictwo odnajdujemy w art. 1 Konstytucji RP z 1997 roku. Świadoma zmiana szyku wyrazów na „dobro wspólne” (zamiast „wspólne dobro”) sygnalizuje, że Rzeczpospolita nie jest abstrakcyjnym interesem aparatu władzy, lecz przestrzenią rozwoju obywateli. Takie odczytanie nadaje dobru wspólnemu status normy podstawowej, która pozwala kontrolować konstytucyjność stanowionego prawa przez pryzmat ochrony człowieka.
Etatystyczna pułapka i manifest pozytywizmu
Historia polskiego konstytucjonalizmu zna jednak inne podejście. Konstytucja kwietniowa z 1935 roku utożsamiła dobro wspólne z samym państwem. W tej etatystycznej wizji to człowiek istnieje dla państwa, a prawa obywatelskie są jedynie „koncesją” władzy. Prowadzi to do pozytywizmu prawniczego, w którym jedynym źródłem legitymacji jest wola suwerena, a nie obiektywny ład wartości.
Współcześnie echem tego myślenia stało się zdanie odrębne sędziego Zbigniewa Cieślaka z 2011 roku. Uznano je za manifest pozytywizmu, ponieważ redukuje ono dobro wspólne wyłącznie do treści zapisanych w ustawach. Taka separacja prawa od wartości przedpaństwowych paraliżuje ochronną funkcję Konstytucji. Jeśli to ustawodawca arbitralnie kreuje wartości, obywatel traci tarczę chroniącą go przed despotyzmem większości parlamentarnej.
Podsumowanie: Legalność kontra legitymizacja
Rozdzielenie prawa od obiektywnych wartości prowadzi do systemu, który zamiast budować zaufanie, jedynie wymusza posłuszeństwo. Jak wskazywał Ronald Dworkin, to właśnie ta różnica decyduje, czy żyjemy w rządach prawa, czy jedynie w rządach przepisów. Prawo stanowione, które ignoruje godność człowieka i dobro wspólne, traci swoją legitymację moralną.
Klasyczna doktryna prawa naturalnego, zaszczepiona w Polsce już przez twórców Ustawy Rządowej z 1791 roku, przypomina: formalna moc obowiązująca aktu prawnego to za mało. Aby prawo było prawdziwie wiążące, musi służyć urzeczywistnianiu warunków rozwoju osoby. W dobie narastających kryzysów ustrojowych powrót do tak rozumianego dobra wspólnego wydaje się jedyną drogą do ocalenia podmiotowości obywatela.